turystyka

Egipt Wycieczki

 egiptwycieczki.com > Relacje z podróży

  • Egipt - kraina piramid
  • Egipt - Sharm El Sheikh
  • Egipt - Hurghada
  • Hotele w regionie Sharm El Sheikh
  • Hotele w regionie Hurghada
  • Pogoda
  • Egipt - praktyczne rady
  • Last Minute
  • Egipt - wycieczki fakultatywne
  • Relacje z podróży
  • Wakacje z dziećmi w Egipcie

Relacja z podróży - Zobaczyć piramidy !


Zobaczyć piramidy... Tak naprawdę, nigdy nie było to moim największym marzeniem. W planie na ten sezon mieliśmy Turcję, a zwłaszcza jej wschodnią część. Jednak wykupione dwa miesiące temu bilety wcale nie zagwarantowały nam wymarzonych wakacji z powodu komplikacji natury służbowej. Sceptycznie podeszliśmy więc do obietnicy urlopu w jakże atrakcyjnym terminie w drugiej połowie listopada.

Turcja ciągle mi się śni, ale obawy, że może tam być jednak za zimno skłaniają nas do poszukania jakiegoś cieplejszego kraju. Padło na Egipt...

Jeszcze tydzień przed planowanym wyjazdem jestem zaabsorbowana i straszliwie zestresowana obroną dyplomu mastera. Miotając się w panice, czy uda mi się pozytywnie zakończyć edukację, sprawdzam ewentualne loty. Ostatecznie decydujemy się na czarter LOTu z Warszawy za 1 260 zł od osoby. Bilety kupujemy zwyczajnie w rybnickim biurze podróży. Wylot i przylot są w piątek, mamy więc równe 2 tygodnie na obejrzenie Egiptu.
Już w czwartek wyruszamy naszą dzielną renówką do Warszawy.


DZIEŃ PIERWSZY - 14.11.2003 piątek

Na Okęciu zjawiamy się o 6.00 niespecjalnie wyspani i z zauważalnym reise-fiebrem. Odbieramy bilety i siadamy w poczekalni, zblazowani, jak to starzy wyjadacze, którzy polecą samolotem już trzeci raz.

Od razu dosiada się do nas dwóch młodych gości, którzy lecą tym samym samolotem, a samolotem w ogóle - pierwszy raz i mają w związku z tym pewne obawy. Cóż, rozumiem to z wyżyn doświadczenia osoby, która pierwszy raz leciała zaledwie pół roku wcześniej. Dodatkowo koledzy obawiają się konfiskaty paru dobrych litrów wysokoprocentowych trunków zakupionych w strefie bezcłowej. Bardzo cieszy ich fakt, że my nic nie kupiliśmy i pomożemy im przeszmuglować ten towar do Afryki. Co zresztą okazało się niezłym pomysłem, bowiem przez większość naszego pobytu w Egipcie trwał ramadan. Miesiąc muzułmańskiego postu objawiał się między innymi potężnymi problemami z zakupem dowolnego alkoholu, nawet piwa.

Czarter LOTu właściwie niczym się nie różni od lotu rejsowe oprócz faktu, że za alkohole trzeba płacić. Większość pasażerów stawiła się jednak z własnym zaopatrzeniem.

Wizy egipskie kosztują 15 dolarów amerykańskich sztuka i wyglądają jak znaczki skarbowe.

Jest 14.00, pogoda nieprzesadnie tropikalna. Nastawieni byliśmy na straszliwy szok termiczny, a tu na lotnisku wieje silny i wcale nie ciepły wiatr.

Mina nieco nam rzednie, gdy po odprawie mamy zacząć sobie sami radzić. Egipski pilot ma nas gdzieś, więc ładujemy się do darmowego busa, który udaje się w enigmatycznym kierunku "centrum Hurghady".

Hurghada to właściwie okropna wiocha. Z lotu ptaka widać prześliczne rafy, niebieskie morze i ogólną sielankę, natomiast samo miasto jest brudne i nieprzyjemne. Tylko enklawy hoteli i obrzydliwe, nie skończone bloki. Przeżywamy małe załamanie szukając hotelu. Wszystkie zajęte przez wczasowiczów. Wystarczy jednak zwiedzić drugą stronę ulicy (bez widoków na morze) i znajdujemy "Hotel California" za 30 funtów za pokój z łazienką i śniadaniem (funt egipski to równowartość ok. 65 groszy). Nie jest to żaden szczyt luksusu, ale dla nas ok - w klimacie schronisk PTSMu.
Rzucamy ciuchy i lecimy nad morze. I tu popełniam kardynalny błąd. Wskakuję w Morze Czerwone, bo koniecznie teraz musze się wykąpać. Marcin pasuje, bo od paru dni jest przeziębiony. Ja pluskam się radośnie, a potem wkładam ciuchy na mokry kostium. Nadmorski wiaterek dopełnia dzieła - przez cały najbliższy tydzień mam klasyczne przeziębienie z wszelkimi objawami - katar, kaszel, gorączka - w każdym zwiedzanym w dolinie Nilu miejscu męczy mnie co innego.

Egipcjanie bardzo się nam podobają. Właściwie nie wkurzają nas zaczepki, wchodzimy do sklepików, ogłądamy różne suwenirki, wiedząc, że i tak nic nie kupimy, bo przecież przed nami 2 tygodnie podróżowania.

Wieczorem pijemy herbatkę (naprawdę świetną) na dachu hotelu z "managerem", który opowiada nam o swojej niemieckiej dziewczynie. Większość spotykanych przez nas Egipcjan ma niemieckie, francuskie, polskie lub rosyjskie dziewczyny - a ci, co nie mają, bardzo by chcieli mieć. Najchętniej więcej niż jedną.

Z managerem załatwiamy na jutro bilety do Luksoru (30 dolarów za nas oboje) oraz bilet na prom Sharm al Sheik - Hurghada (76 dolarów za dwie osoby) na za dwa tygodnie.

DZIEŃ DRUGI - 15.11.2003 sobota

Wydostać się z Hurghady!! Zrywamy się skoro świt (5 rano) i jedziemy z wycieczką klimatyzowanym autokarem. Wycieczki autokarowe w całym Egipcie mają obowiązek jazdy w konwojach. Jest to strasznie upierdliwe. Nie dość, że autokar zbiera turystów po całym mieście (jaka ta Hurghada wielka!), to jeszcze potem jedzie do Safagi, gdzie czeka na resztę autokarów. Trwa to potwornie długo i Luksorze jesteśmy krótko przed południem.

Jedziemy przez pustynię - strasznie brzydką! Jest górzysta, a góry przypominają hałdy. Gdzieniegdzie beduińska wioska, a w połowie drogi jakiś bar z kawą rozpuszczalną - w arabskim kraju! Zgroza!! Za dwie herbatki i paczkę herbatników płacimy 25 funtów - rozbój w biały dzień!

Za to, gdzy wjeżdżamy do Doliny Nilu pierwszą myślą jest szkolny slogan: EGIPT DAREM NILU. To prawda! Eksplozja zieleni jest niesamowitą ulgą dla oczu i powoduje automatyczne ożywienie. Mijamy zwykłe egipskie wioski - jak z ilustracji! Nawadniane pola, rolnicy kopią na małych grządkach, po których chodzą najprawdziwsze białe ibisy, osiołki ciągną dwukołowe wózki z zielonymi badylami, a wszyscy chodza w tradycyjnych galabijach! A wszystkie domki zbudowane z cegły mułowej! W końcu czujemy, że naprawdę jesteśmy w Egipcie, że to naprawdę Afryka...

Autobus dojeżdża do świątyni w Karnaku i zostajemy podzieleni na grupy jezykowe. Nasza grupa anglojęzyczna składa się z 4 osób - nas i pary Holendrów. Oprócz tego jest włoska oraz rosyjska - najliczniejsza, za to z najbardziej upierdliwym przewodnikiem (nazwał sam siebie Ramzes Adinadcat!) - showmanem, który doprowadza mnie do szału. Pierwotnie mieliśmy zamiar urwać się i poszukać hotelu, ale z racji oddalenia Karnaku od centrum Luksoru, postanawiamy zostać. Kosztuje nas to następne 130 funtów od łebka. Decyzja utwierdza nas w przekonaniu, że grupowe zwiedzanie to masakra, choć nasza czteroosobowa grupka jest całkiem mobilna.

Świątynia nie robi na mnie spodziewanego wrażenia, choć jest naprawdę monumentalna. Wielka sala hypostylowa jest naprawdę niesamowita, ale oprócz tego, kompleks świątynny jest raczej chaotyczny. Wrażenie robią na mnie płaskorzeźby - zwłaszcza, kiedy sobie uświadomię, ile to wszystko ma lat oraz fakt, że na kolumnach została oryginalna farba!

W celu zapewnienia sobie długiego życia, wielu dzieci oraz zamążpójścia (życzenia w McZestawie) obchodzę 10 razy dookoła skarabeusza (wdzięcznie nazywanego przez rosyjskojęzycznego showmana: żuk skarabe - z akcentem na ostatnią sylabę).

Następny punkt programu - Muzeum Papirusu to pic na wodę. Po pośpiesznej demonstracji "jak się robi papirus", pół godziny czasu na zakupy tych rozkosznych oryginalnych dzieł. Dawno nie widziałam takiego kiczu. Mamy niezłą zabawę oglądając 20 wersji portretu Tutenchamona oraz "starożytne" mapy Egiptu z zaznaczoną Wielką Tamą. Wypijamy za to po trzy szklaneczki schłodzonej karkade - kwaśnej, czerwonej herbatki z hibiskusa, doskonałej na upały.

Pora na lunch. Mniam - mniam, uwielbiam arabską kuchnię (skutkiem tego po 2 tygodniach ciągłego ruchu utyłam, zamiast schudnąć - i to w ramadanie!). Nawet piwo można było nabyć bezproblemowo, co nas napełniło przedwczesnym optymizmem.
Po obiadku przepływamy barką na drugi brzeg Nilu i udajemy się na zwiedzanie Teb. Tu już odczuwamy upierdliwe domaganie się bakszyszu (np. za to, że jakiś łebek nieproszony pomaga zejść z łódki). Zwyczaj ten jest strasznie irytujący mimo, że ciągle tłumaczymy sobie, że przecież bakszysze są niewielkie, a każdy chce zarobić na turystach. Po prostu denerwuje nas świadomość, że jesteśmy dojnymi krowami. Egipcjanie uważają, że każdy turysta w Egipcie to milioner.

Oglądamy kolosy Mnemnona. Dwa ogromne posągi robią dziwne wrażenie stojąc tak sobie przy drodze na skraju wsi.

Nastepnie organizatorzy fundują nam kolejną atrakcję: Muzeum Alabastru. W podobnym klimacie, co Muzeum Papirusu. Można sobie kupić krzywą piramidę, albo faraona z widoczną erekcją. Co kto lubi.

Muzeum znajduje się we wsi Kurna - pod tą wsią znajduje się masa nieodkrytych zabytków z czasów faraonów. Mieszkańcy jednak nie życzą sobie przeprowadzki do specjalnie wybudowanej dla nich wsi Nowa Kurna.

W Dolinie Królowych zwiedzamy trzy grobowce (Titi, Cha-Em-Kaset i Amon-har-Chopszet). W trzecim grobie (najładniejszym zresztą) znajduje się szkielet ludzkiego płodu. Ogólnie grobowce nie robią na nas wielkiego wrażenia - jest w nich bardzo duszno i śmierdzi, więc dusi mnie kaszel.

Ostatnim punktem programu jest przejazd barką na Bananową Wyspę, na której znajdują się plantacje. Możemy się tam najeść małych bananów, trzciny cukrowej i mandarynek (niedobrych) oraz popatrzeć na przygotowania do ramadanowego "śniadania".

O zachodzie słońca wszyscy w całym Egipcie zasiadają do pierwszego posiłku w ciągu dnia - wszędzie - na ulicach, w domach, przy pracy. Rozkładają maty, chlebki pita i naczynia z potrawami i wreszcie jedzą. W ciągu tej godziny raczej nic nie da się załatwić, natomiast wieczorem wszyscy, już najedzeni, wracają do swoich zajęć.
Spacerujemy po plantacji, czujemy naprawdę tą Afrykę. Zachód słońca nad Nilem jest wyjątkowo piękny, a efekty dźwiękowe w postaci nawoływania muezinów z wszystkich meczetów prawie wyciskają mi łzy z oczu.
Ach, jeszcze perkusyjny popis wioskowych dzieci. Na widok turystów czyli nas biegną co sił w nogach do kosmicznej konstrukcji z beczek, butelek itp. i całkiem sprawnie bębnią.

Po powrocie do miasta bierzemy plecaki z autobusu z dużą ulgą i zdani sami na siebie rozpoczynamy wreszcie samodzielną podróż.

Bez większych problemów (choć ciągle z obawami) znajdujemy Happy Land Hotel. Z czystą pościelą, z kulturalną łazienką i ze śniadaniem za 40 funtów za dobę. Potem dowiadujemy się, że to niby drogo, ale nie żałujemy, bo warunki są naprawdę w porządku.

Wydawało nam się, że jesteśmy zmęczeni, ale rzucamy plecaki i ruszamy na spacer po Luksorze. I tu trafiamy na pierwszy zabytek, który naprawdę nas zachwyca - Świątynię Luksorską. Podświetlona, robi wrażenie jak z innego świata. Obchodzimy ją prawie całą dookoła zanim znajdujemy wejście (od strony Nilu, bilet 20 funtów od osoby) i wchodzimy. Świątynia jest spójna architektonicznie i monumentalna. Podświetlone płaskorzeźby są wyraźne, a otoczone kolumnami dziedzińce robią duże wrażenie. Bardzo podobają mi się posągi łaskawie uśmiechniętych królewskich par. Spacerujemy zaczarowani magią starożytnego Egiptu.

I to jest wreszcie początek fascynującego odkrywania tego kraju...

Zaraz potem czai się na nas następna rewelacja - tym razem kulinarna. Na chybił trafił wybieramy knajpkę i korzystamy z dobrej rady właściciela i wsuwamy koszary - specyficzną egipską potrawę składającą się z makaronu, soczewicy, smażonej cebuli i jakiegoś sosu. Kosztuje to może 5 funtów za porcję, a jest naprawdę pyszne i do niczego niepodobne!

Do hotelu wracamy zadowoleni jak cholera. Rezerwujemy sobie na jutro taksówkę na Zachodni Brzeg oraz przejażdżkę feluką (w sumie 130 funtów) i zamawiamy herbatkę do pokoju (ciągle jestem zasmarkana).

DZIEŃ TRZECI - 16.11.2003 niedziela

Śniadanie na dachu. Tradycyjnie omlet plus bułeczka w stylu czeskiego rohlika, a do tego masło i dżem.
Wszystko podane przez damską obsługę - rzadka rzecz w tym kraju

Taksówka podjeżdża punktualnie i jedziemy, tym razem na własną rękę, zwiedzać Teby. Taksówkarz puszcza masakryczne arabskie hity i w dodatku podśpiewuje - klimat jak z reklamy kit-kata. Opowiada nam o sobie. Ma 33 lata, jest żonaty od 4 miesięcy, a jego 19 - letnia żona jest już w ciąży. Oczywiście dziwi się, że nie mamy dzieci.

Dolina Królów robi na nas dużo lepsze wrażenie niż wczorajsza Dolina Królowych. Kupujemy bilety (30 funtów od łebka) i wsiadamy do wesołego pociągu, który wiezie nas do grobowców.

Turystów jest masa, wychodzi na to, że to szczyt sezonu. Trudno się dziwić - mimo, że jest połowa listopada, upał ledwie daje żyć - dolina jest całkowicie osłonięta od wiatru. Trudno sobie wyobrazić co się tu dzieje np. w lipcu.

Zwiedzamy trzy grobowce. Na tyle pozwala kupiony w kasie bilet - do niektórych grobowców należy wykupuć dodatkowy.

Najpierw zwiedzamy grobowiec Ramzesa III. Jest kolorowy i bardzo długi. W ogóle bez porównania z grobowcami zwiedzanymi poprzedniego dnia. Niestety - jest tu tak samo duszno i śmierdzi, co mnie wykańcza, bo ciągle mam katar.

Następny jest grobowiec Totmesa II. Wejście umieszczone jest wysoko, w skalnej szczelinie, prowadzi do niego mnóstwo schodków pod górę, a wewnątrz grobowca - z góry. Wnętrze jest kolorowe i pełne prymitywnych rysunków, nasuwających skojarzenia bardziej ze sztuką indiańską niż z charakterystycznymi staroegipskimi freskami. Ten grobowiec jest dla nas prawdziwym hitem. W ogóle staroegipski świat jest bardzo kolorowy, co kontrastuje z naturalnymi brudnożółtymi barwami otoczenia.

Odwiedzamy jeszcze grobowiec Touseret - też długi i żółty.

Wracamy na parking. Usiłuję kupić okulary słoneczne. I tu zderzamy się z kupiecką bezczelnością. To prawda - nie wiem, ile może kosztować fajka wodna albo dywan, ale, do cholery, wiem, ile kosztują bazarowej jakości okulary. Cóż, na pewno nie 350 funtów. Miażdżę kolesia informacją, ile taki chłam kosztuje w moim kraju. Na to on niewinnie: To nie jesteście Amerykanami??

W efekcie płacę 35 funtów czyli mniej więcej tyle, co w Polsce.

Trochę czasu zajmuje nam jeszcze znalezienie naszej taksówki, bo kierowca uciął sobie drzemkę u kolegi w busiku, i możemy jechać do Dajr al-Bahri, gdzie znajduje się słynna świątynia Hatszepsut - jedynej kobiety faraona w dziejach Egiptu. Świątynia znana jest także z masakary turystów w 1997 roku - zginęło wóczas ponad 70 osób. Prace archeologiczne w tym miejscu prowadzone są przez Polaków.
Sama świątynia robi monumentalne wrażenie - nie mogę się oprzeć skojarzeniu z budynkami epoki stalinowskiej. Na chwilę jednak przestajemy myśleć o zwiedzaniu - z naszego super - debilka wylatuje śrubka!!

Na szcęście Marcinek daje radę i aparat działa, choć bez śrubki. Ciekawe, po co w ogóle ona tam była?
Świątynia bardzo nam się podoba, zwłaszcza ta jej część poświęcona bogini Hator, gdzie kapitele kolumn mają kształt krowiej głowy. W ogóle feministyczny klimat budowli bardzo mi odpowiada.

Nasz następny przystanek do Dajr al-Madina czyli wioska zamieszkiwana przez robotników i artystów budujących grobowce. Jest to jedyne miejsce na tym brzegu Nilu, gdzie w starożytności mieszkał ktoś żywy, a zarazem jedna z najstarszych odkrytych w Egipcie osad. To tutaj zorganizowano pierwszy znany w historii strajk. Po domkach robotników może wiele nie zostało, ale oglądamy dwa groby artystów, które wybudowali sobie "przy okazji" tworzenia grobowców faraonów. Te tutaj też są kolorowe, choć dużo mniejsze. Dobrze zachowana jest też ptolemejska świątynia z niewypalanej cegły (w naszym klimacie zmyłoby ją w ciągu jednego roku). W środku fajne reliefy - królowe z pępkami na wierzchu, faraon w tzw. stanie gotowości. Arabski stróż wpuszcza nas na dach, co jest oczywiście nielegalne.

Wychodzimy i od razu spotykamy następnego samozwańczego przewodnika, który najpierw koniecznie chce mi sprzedać "wykopanego w tamtym ruinach" skarabeusza, a potem prowadzi nas do wielkiej kupy skorup - prawdopodobnie starych jak ta wioska, leżących spokojnie bez zabezpieczenia. Okoliczne tereny pełne są zresztą nieodkrytych miejsc, mimo to nie wierzę, że skarabeusz ma 3 000 lat. Obdarowujemy przewodnika przywiezionymi z Polski długopisami - strasznie się cieszy i opowiada o trójce swoich dzieci.

Dużą paczkę długopisów kupiliśmy jeszcze w Rybniku, idąc za radą rodziców, którzy zwiedzali Egipt pięć lat temu. Szczerze mówiąc, nie wierzyliśmy, że ktoś może się cieszyć z takich prezentów, skoro wszyscy turyści je rozdają. A jednak! Każdy obdarowany przez nas Egipcjanin był nadzwyczaj uszczęśliwiony, choć naszym zdaniem, pracując na terenie zabytków, powinien zebrać ich już milion.

Kolejny arabski sprzedawca chust opowiada, że ma wielu polskich przyjaciół, bo pracował z polskimi archeologami przy odkopywaniu Dajr al-Bahri.

Ostatnie zwiedzane przez nas miejsce na zachodnim brzegu to Nowa Kurna (New Qurna). Wieś wybudowana jest z niewypalonej cegły i zaprojektowana przez słynnego (podobno) architekta Hasana Fathiego. Mieli się tu przenieść mieszkańcy Kurna - mieszkający praktycznie NA potencjalnych stanowiskach archeologicznych, ale nie byli zainteresowani. Po meczecie oprowadza nas (podobno) wnuk architekta. Ogólnie wioska nie jest szczególnie interesująca - ciekawy jest tylko materiał, z którego to wszystko wybudowano.

Wracamy do hotelu na małą drzemkę - ciągle jestem chora i zdaje się mam gorączkę.

Po sjeście, około 15.00 idziemy na przystań, żeby popływać feluką. Kapitan ma 23 lata, żonę i córkę. Jest Nubijczykiem pochodzącym z Asuanu i jak wszyscy spotkani przez nas Nubijczycy twierdzi, że tylko oni są prawdziwymi żeglarzami. O umiejętnościach Arabów wypowiadają się z autentyczną pogardą. Jego pomocnik jest zdaje się Arabem, bo prawie tratujemy inną felukę. Feluki są raczej krowiaste, ale widoki na lewy brzeg Nilu są niesamowite - to naprawdę inny świat - wielbłądy i osiołki pijące wodę, ibisy na polach, przepierki w rzece. Same egzotyczne obrazki. Prawy brzeg to Luksor czyli przeciętne, nieładne miasto. Pijemy herbatkę i opowiadamy sobie nawzajem o naszym życiu. Abdul, czyli nasz kapitan, nigdy by nie pozwolił swojej żonie rozmawiać z urzędnikiem albo celnikiem na granicy (bo byli niedawno w Danii). "Jak ktoś ma sprawę do mojej żony, to ma rozmawiać ze mną". Dziwna jest ta kultura, ja jestem chyba innym rodzajem kobiety, bo ze mną rozmawia i ani myśli pytać Marcina o pozwolenie.

Rejs kończymy przed zachodem słońca - no bo ramadan! Przystosowujemy się szybko do tego zwyczaju i bez pośpiechu spacerujemy po Luksorze. Po godzinie życie wraca na ulice miasta, idziemy więc na kolację (pyszna kefta), a potem na dworzec kolejowy po bilety do Asuanu na jutro (21 funtów od osoby).

Z knajpy naprzeciwko dworca wyskakuje jakiś koleś i zaprasza nas na herbatę i sziszę. Uwielbiam tą ich herbatę! A sziszę palimy po raz pierwszy. Jest to fajny, bardzo towarzyski zwyczaj, tym razem jednak tytoń był bardzo mocny i przepadzitemu Marcinkowi zakręciło się w głowie.

Nasz nowy kolega oczywiście usiłuje ubić z nami interes - ma dla nas noclegi w Asuanie wraz z pełnym programem kulturalnym. Oferuje nam także wino (tego się nie da kupić w sklepie!!), ale słysząc cenę, dajemy sobie spokój. Idziemy z nim do jego hotelu, do szefa. Tu okazuje się, że cena jest jednak wyższa. Wkurza nas to na maksa, ale ostatecznie zgadzamy się na ich ofertę - jak się okazało, słusznie. Kosztuje nas to (nocleg w Asuanie plus wycieczka do Abu Simbel) 190 funtów. Przepłacamy, niedużo, ale jednak, natomiast mamy gwarancję, że jutro z dworca zostaniemy odwiezieni prosto do hotelu. Fukam na szefa, a jego angielska znajoma z Manchesteru stwierdza, że jestem "strong woman". Pijemy jeszcze jedną herbatkę, a ja wkurzona myślę, że z tymi urodzonymi biznesmenami się nie wygra i należy się wyluzować. Hotel jest strasznie syfiasty, choć dużo tańszy niż nasz. Odbywa się tu nieskrępowany handel trawą i haszyszem, większość gości i personelu jest ewidentnie upalona.

My, dla odmiany, idziemy na piwo. W arabskim kraju, w trakcie ramadanu, o trawę jest dużo łatwiej. Po drodze kupuję jeszcze syrop na kaszel, polecony przez Angielkę. Personel apteki to, o dziwo, dziewczyny, wpatrzone w jakąś kultową telenowelę - mieliśmy okazję zobaczyć parę odcinków w różnych miejscach Egiptu.

Chodzimy po suku, oglądając to i owo, i szukając miejsca na wieczorne piwko. W którymś momencie wchodzimy do sklepu z dywanami i ... wychodzimy z małym dywanikiem. I to koniec naszego postanowienia o "nie taszczeniu pierdół przez cały Egipt". Zgodnie z poleceniami przewodników, targuję się jak wściekła i w końcu kupujemy dywanik za 33 dolary. Wcale nie jestem pewna, czy to dobra cena, ale chcę wierzyć, że tak. Właściciel chce mnie koniecznie kupić od Marcina za (standardową) cenę tysiąca wielbłądów - a jak już nie mnie, to chociaż moją siostrę. Strasznie się cieszę z dywanika - w końcu jest śliczny, a poza tym z prawdziwej wielbłądziej wełny.

Suk (czyli bazar) w Luksorze jest ogromny - zajmuje włąściwie całe miasto. W końcu znajdujemy też knajpkę z piwem. Podawane jest w imbryczku na herbatę, a pije się je z filiżanki. Zaczynamy wierzyć, że to rzeczywiście nielegalne!

DZIEŃ CZWARTY - 17.11.2003 poniedziałek

O 7.15 mamy pociąg do Asuanu. O tej porze miasto jeszcze śpi. Znajdujemy dworzec i pakujemy się do pociągu - jest wygodny i szybki. Droga zabiera nam ok. 3 godzin. Właściwie całą przesypiamy, choć zdążyłam zarejestrować koptyjskiego kapłana, w charakterystycznych szatach wsiadającego na którejś stacji.

W Dolinie Nilu pociągi są najlepszym, najszybszym i najtańszym sposobem podróżowania.

Z dworca w Asuanie faktycznie odbiera nas właściciel hotelu. Oprócz nas jedzie jeszcze dwóch Singapurczyków podróżujących z Kairu. Singapurczycy korzystają z wersji all inclusive, my tylko z wycieczki do Abu Simbel. Fajną sprawą jest rejs feluką z Asuanu do np. Kom Ombo - trwający dwa dni i jedną noc. Kosztuje to, zdaje się, 80 funtów od osoby. My nie skorzystaliśmy tym razem.

Hotel jest super. Nazywa się Mnemnon i mieści się przy nadbrzeżnej promenadzie zwanej Corniche. Z okna mamy widok na Nil i suk - autentyczny afrykański targ kolorowy jak nie wiem co.

W Asuanie to już naprawdę jestem chora. Marcin idzie na targ po czosnek i cytrynę - aplikuje mi końską dawkę, po której padam i zasypiam natychmiast.

Po południu odzyskuję siły. Miasto jest super - chyba najcichsze z tych, które odwiedziliśmy podczas całej egipskiej włóczęgi, zielone i niebieskie. Nil jest jego integralną częścią - w Asuanie jest mnóstwo wysepek z największą - Elefantyną - Wyspą Słoni. Poza tym tu naprawdę czujemy, że jesteśmy w Afryce. Na ulicach głównie Nubijczycy - czarni i smukli, feluki pływają między wyspami, po prostu egzotyczna bajka.
Jechać tak daleko na południe? Rozważaliśmy tą kwestię sto razy, jak każdy, kto ma ograniczony czas na zobaczenie tak wielkiego kraju. W końcu postanowiliśmy: chcemy zobaczyć Pierwszą Kataraktę i być za Zwrotnikiem Raka. Szok właściciela hotelu wywołała informacja, że olewamy wyspę File i niedokończony obelisk - hity Asuanu. Wg relacji Singapurczyków: File jest super, a na obelisk szkoda czasu.
Łapiemy taksówkę do Wielkiej Tamy. Kierowca nie mówi po angielsku W OGÓLE, za to bardzo powoli i wyraźnie po arabsku. W dodatku oczekuje odpowiedzi - paranoja!!

Tama mnie rozczarowuje. Tamy w ogóle są dwie - pierwsza, niższa zbudowana przez Anglików oraz Wielka Tama zwana Piramidą Nasera - największa tama świata, tworząca największe sztuczne jezioro.
Między tamami znajdują się dwie światynie - słynna File i Kalabsza - nawet z samochodu wyglądają super.
Wysiadamy koło Old Cataract Hotel - to tu mieszkała Agatha Christie bywając w Asuanie. Hotel jest ślicznym przykładem angielskiej kolonialnej architektury, natomiast najtańszy napój z karty kosztuje 30 funtów. Darujemy sobie ten snobizm i idziemy na spacerek nabrzeżem. Tu znajdujemy sobie knajpkę (na zewnątrz, praktycznie w porcie), gdzie menu obiadowe kosztuje 8 funtów, a świeżo wyciśnięty sok owocowy 2 funty. Do wyboru: bananowy, pomarańczowy, z mango, z guawy, z limonki. Żłopiemy do pęknięcia - stanowczo wygrywa banan i mango!

Przy okazji zawieramy znajomość z kapitanem feluki - niebieskookim Nubijczykiem i umawiamy się na następny dzień na rejs, żeby zobaczyć kataraktę, cokolwiek to jest!

Cały wieczór łazimy po suku. Jak cały Asuan, jest naprawdę afrykański. Nawet towary są inne niż w Luksorze, np. hebanowe figurki, których w końcu nie kupujemy, a potem plujemy sobie w brodę. Za to Marcin kupuje strunowy instrument nubijski za 60 funtów (oczywiście już nie pamiętamy jak się toto nazywało) i fujarkę.
Sprzedawcy na suku odzywają się do nas nie po angielsku, a po francusku - to też jest dziwne i egzotyczne. Dodatkowo, Nubijczycy nie są tak namolni i zakupy robi się dużo przyjemniej.

Kiedy mamy dosyć, wracamy do hotelu, ale dalej gapimy się na przelewajacy się po suku tłum. Wcale nie chce nam się spać...


DZIEŃ PIĄTY - 18.11.2003 wtorek

Pobudka o 3.30. Dziś przed nami Abu Simbel - już za Zwrotnikiem Raka!!

Za rogatkami Asuanu obowiązkowe formowanie konwoju. Trwa to 45 minut, a nie mam pojęcia, jaki ma sens, bo podczas trzygodzinnej jazdy autobusy i busiki tak się rozjeżdżają, że w zasięgu wzroku żadnego nie ma. Za to na miejsce przyjeżdżają jeden po drugim, co powoduje potworny tłok.

Wychodzimy z busa i przez płot oglądamy cmentarz Fatymidów. Grobowce pochodzą z XI wieku i wszystkie zbudowane są z niewypalonej cegły!! Cóż, tu podobno pada raz na 60 lat.

Jedziemy przez prawdziwą piaszczystą pustynię - jest piękna, bez porównania z tą z okolic Hurghady. Co prawda większość drogi przesypiamy, ale wschód słońca obserwuję w całej krasie. No, teraz to naprawdę jesteśmy daleko od domu!

Na miejscu, jako się rzekło, tłok. Kolejka do damskiej toalety powoduje ogólną nerwówkę i pyskówki we wszystkich możliwych językach. Bilet wstepu do świątyń kosztuje 36 funtów.
Świątynie stoją sobie nad jeziorem i pierwsze moje wrażenie jest takie, że są sztuczne. Cztery wielkie Ramzesy wykute w górze wyglądają absurdalnie. Świadomość, że cała ta góra została pokrojona na kawałeczki i przeniesiona na wyższy poziom podczas budowy tamy, to uczucie absurdu jeszcze pogłębia.
Za to w środku jest magicznie. Faraońskie płaskorzeźby jakoś coraz bardziej nam się podobają.

Świątynia Nefertari (jej imię znaczy: Najpiękniejsza w Całym Państwie), żony wielkiego Ramzesa II jest bardzo kobieca i delikatna, z hatoryckimi kolumnami. Miło pomyśleć, że faraon tak bardzo kochał swoją żonę. Panowali razem kilkadziesiąt lat.

Widoki na jezioro są super. Do szczęścia brakuje mi tylko krokodyla w naturze.

Gadamy sobie z naszym przewodnikiem. Opowiada nam jak powyławiano małe krokodylki, które żyły między dwoma tamami oraz jak kiedyś wielka krokodylica krążyła wokół statku, bo jej małe zostało zabite.

Wracamy do Asuanu - jest gorąco jak nie wiem co. Idziemy do naszej knajpki na następny zestaw obiadowy - tym razem jem pyszną nilową rybkę znowu 8 funtów).

Nasz kapitan już na nas czeka. Niestety - jego feluki jeszcze nie ma. Nam zależy jednak na czasie (nocny pociąg do Kairu), płyniemy więc feluką jego kolegi.

Żeglowanie po Nilu w Asuanie jest dużo ciekawsze niż w Luksorze - jest tu pełno wysepek, np. na Elefantynie widać starożytny nilometr (służył do sprawdzania poziomu Nilu, na tej podstawie obliczano jak wielki będzie wylew i ile podatków należy zebrać od poddanych), a Old Cataract Hotel z wody jest jeszcze ładniejszy.

W końcu jest - PIERWSZA KATARAKTA! Nurt jest tak silny, że feluka nie jest w stanie płynąć do przodu. I to jest to - bardzo silny prąd spowodowany przez próg. Wygląda to niesamowicie, wpatrujemy się zafascynowani w wodę.

Nasz nubijski kapitan mówi: "The Nile is our life" i opowiada jak Wielka Tama pozbawiła jego lud wszystkiego - ich raju na ziemi - zabrała wioski, ziemię i zwierzęta. Teraz żyją i pracują w Egipcie lub w Sudanie.

Słońce zachodzi. Wszyscy kapitanowie robią to samo: wypijają parę łyków karkade, zjadają dwa daktyle i zapalają papierosy! Kopcą wszyscy, co do jednego. Dociera do nas, że ramadan chroni nas przed nieuniknionym rakiem płuc, w kraju, gdzie palą naprawdę wszyscy.

Cumujemy przy Elefantynie. Kapitan prowadzi nas do domu swoich przyjaciół. Przy wejściu - dwa małe krokodylki w akwarium. I to by było na tyle, jeśli chodzi o krokodyle w Egipcie. Moja ulubiona zuchowa piosenka (Tam w Afryce rzeka Nil/ w niej krokodyl mały żył/ z tatą krokodylem/ pływał sobie Nilem) okazała sie bujdą, przynajmniej w egipskiej części Nilu.

Na dachu domu pijemy herbatkę i palimy sziszę - tym razem tytoń jest w ogóle zabójczy. Poza tym jesteśmy już nieco nerwowi, bo przecież musimy zdążyć na pociąg. Mała siostrzenica gospodarza jest słodka, a nocna panorama Asuanu wyjątkowo malownicza, niestety gospodarz zaczyna nam wciskać rękodzieło ludowe. Najgorsze, że właściwie nic nam się tu nie podoba. W końcu kupujemy naszyjnik, dla przyzwoitości, ale czujemy się dość dziwnie. Naturalna tubylcza gościnność już nie jest taka bezinteresowna i troche smutno się nam robi.

Wracając przechodzimy przez nubijską wieś. Ten świat jest szokująco inny, a o tej porze jest to po prostu normalne życie, a nie Cepelia. Przeprawiamy się na drugi brzeg - cała wyprawa kosztowała nas w sumie 60 funtów plus 20 funtów za naszyjnik.

Robimy jeszcze szybki skok na suk - kupujemy prowiant na drogę i 3 paczki karkade (nie wiadomo, po co, ale mam już nowy nałóg targowania się o wszystko, a skoro już zbiłam cenę, to muszę kupić), łapiemy taksówkę i za chwilę jesteśmy na dworcu.

Bilet na pokonanie tych 1000 km dzielących nas od Kairu kosztuje 50 funtów od osoby (albo nieco mniej, bo nam kupował je właściciel hotelu, więc zapewne policzył sobie stosowną prowizję). Podróz trwa ok. 12 godzin, podczas których smacznie śpię w lotniczym fotelu, choć Marcin ma z tym pewne problemy. Budziliśmy umiarkowaną sensację i ogólną życzliwość - każdy władający angielskim Egipcjanin koniecznie musiał sie dowiedzieć, skąd jesteśmy.

Jest oczywiście możliwość podróży w bardziej luksusowych warunkach. Całkiem komfortowe wagony sypialne kosztują 50 dolarów - czyli dokładnie 6 razy więcej. Moim zdaniem jednak, nie ma się co czepiać egipskich pociągów. Ludzie zaprawieni w bojach z PKP będą w pozytywnym szoku.

DZIEŃ SZÓSTY- 19.11.2203 środa

Otwierając rano oczy widzę DELTĘ. Eksplozja zamglonej zieleni. Parowanie i wilgotność są tu większe, co od razu widać po roślinności. Zapełnia całą widoczną przestrzeń, wszędobylska pustynia nagle zniknęła.

Kair - 17 milionów ludzi. A może 20? Kto to wie? Brud. Syf. Kurz. Ruch uliczny nie do ogarnięcia dla prostego Europejczyka - po trójpasmowej drodze jeździ i sześć rzędów samochodów.

Z dworca dajemy się zgarnąć taksiarzowi i dobrze, bo w ogóle nie orientujemy się w tym mieście. Wizytówkę hotelu mamy jeszcze z Luksoru. Hotel nazywa się Sarah Hotel i mieści się na 7 piętrze kamienicy. Wjeżdżamy na górę windą z gatunku tych, których się śmiertelnie boję. Zasadniczą zaletą hotelu jest to, że mieści się niedaleko Muzeum Egipskiego. Pokój kosztuje 50 funtów, a ze śniadaniem 60.

Bierzemy odświeżający prysznic i pełni świeżych sił wędrujemy do jednego z najbardziej znanych muzeów świata.

Muzeum Egipskie jest naszym największym rozczarowaniem w czasie tej podróży. KICHA!!! Ludzi mnóstwo - turyści z nosami w przewodnikach, wycieczki prowadzone przez przewodników (także polskich), wszyscy potykają się o siebie. Eksponaty może i fascynujące, ale beznadziejnie wystawione i bez tej atmosfery, jaka towarzyszy im w świątyniach i grobowcach. Ogólnie - muzeum robi wrażenie wielkiej graciarni.

Oczywiście znajdujemy parę perełek. Mnie np. bardzo podobają się posągi łaskawie uśmiechniętych i obejmujących się ramionami par królewskich. Albo uszebti - małe figurki wkładane do grobów, żeby w zaświatach wykonywały za zmarłego wszystkie nudne codzienne prace. Albo maski z Fajum. Albo jakieś bezimienne mumie leżące tak po prostu w gablotkach jak na piętrowych łóżkach, bez żadnych pomiarów temperatury i innych cudów.

Skarby Tutenhamona niezbyt nas ruszają - przed jego 11-kilową złotą maską tłumy jak przez Mona Lizą w Luwrze - w efekcie prawie nic nie widać. Za to każdy musi zrobić zdjęcie. Dużo bardziej podobała nam się sąsiednia sala ze skarbami z grobu z Tanis. Może nie była tak bogata, za to miała fajne eksponaty, np. śmieszne złote klapki.

Bulimy po dodatkowe 40 funtów, żeby obejrzeć królewskie mumie - widok jest naprawdę depresyjny i można go sobie spokojnie darować.

Wychodzimy i idziemy na szoarmę i piwo (!!) do snack - baru. Ta, podobno typowo egipska potrawa, zdarza się nam tylko tutaj.

Do Dzielnicy Koptyjskiej jedziemy metrem. Tutaj po raz pierwszy w Egipcie czuję się jak zjawisko albo intruz - w wagonie nie ma żadnej innej baby. Jakieś łebki ze szkoły wgapiają się we mnie i chichoczą.

Co dziwne, to właśnie w Kairze spotyka się dużo bardzo restrykcyjnie okrytych kobiet - niektóre na głowie noszą dwie chusty (jedna przykrywa twarz), rękawiczki, długie spódnice, a pod nimi spodnie. W innych regionach Egiptu tego nie zauważyliśmy.

Dzielnica Koptyjska jest pełna kurzu i fascynująca. Znajduje się parę metrów pod obecnym poziomem gruntu. Odwiedzamy po kolei wszystkie kościoły oraz synagogę. Tajemnicza atmosfera tych miejsc jest naprawdę urzekająca.

Potem spacerujemy sobie po okolicy, gdzie znajduje się kilka chrześcijańskich cmentarzy z nagrobkami wielkości niedużych domków. Żaden inny turysta tu nie łazi, szokują nas więc wracające ze szkoły egipskie pierwszaki, które na nasz widok drą się w niebogłosy: "Bakszysz, bakszysz".

Z Dzielnicy Koptyjskiej bierzemy taksówkę, żeby zobaczyć trochę Kairu islamskiego. Kierowca mówi dobrze po angielsku i pokazuje nam wszystko po kolei, zaczynając od najstarszego podobno w Egipcie meczetu tuż przy Dzielnicy Koptyjskiej. Chcemy zobaczyć Cytadelę, ale jest zamknięta. Kierowca radzi nam przyjechać wieczorem, kiedy będą tańczyć tureccy wirujący derwisze.

Po drodze mijamy ogromny cmentarz muzułmański. Jest naprawdę bardzo stary, a na przestrzeni dziejów jego wygodne grobowce zostały zajęte przez potrzebujących. Obecnie jest to częściowo dzielnica mieszkalna - część grobowców ma nawet prąd i wodę.

Ze wszystkich meczetów postanawiamy zobaczyć meczet Ibn Tuluma.

Resztę popołudnia spędzamy na łażeniu po suku. Tutaj kupujemy większość prezentów dla rodzinki. Ceny na pewno są dużo niższe niż w miejscowościach turystycznych, niedrogie jest na przykład srebro. Oczywiście trzeba się targować do upadłego.

Wieczorem jedziemy do Cytadeli. Jest imponująca. Podświetlony meczet Alego robi niesamowite wrażenie. Wirujący derwisze, prosto z Konyi są nieziemscy. Tańczą i grają, a mają z tego tak zaraźliwą radochę, że cała publicznośc wpada w doskonały nastrój.

Wracamy do hotelu. Po drodze usiłujemy załatwić sobie na własną rękę taksówkę na jutro, ale żaden z zaczepionych kierowców nie mówi wystarczająco dobrze po angielsku, żeby zrozumieć, o co nam właściwie chodzi. W końcu korzystamy z pomocy właściciela hotelu, o niebo bardziej kumatego od zatrudnianej przez siebie obsługi. Załatwia nam taksówkę za 90 funtów - mamy zobaczyć Gizę, Sakkarę i Memfis.


DZIEŃ SIÓDMY - 20.11.2003 czwartek

Z rana wyjeżdżamy do Gizy. Przejeżdżamy prawie cały Kair - na zwykłe dzielnice miasta składają się bure bloki z wystającymi z dachu drutami, mającymi świadczyć o tym, że budowa jeszcze nie została zakończona, a więc nie trzeba płacić stosownego podatku.

Giza jest po prostu dzielnicą Kairu. Ale kiedy zauważamy wystające zza domów nieco zamglone trójkąty, zaczynamy czuć klimat.
Podobno piramidy są najbardziej rozpoznawalnymi i najczęściej przedstawianymi budowlami na świecie. Mimo to wcale nie ma tu jakichś dzikich tłumów. Magia tych absurdalnych budowli działa na nas od pierwszego wejrzenia. Po powrocie do domu stwierdzamy, że to właśnie piramidy zrobiły na nas największe wrażenie ze wszystkich egipskich budowli. A szczerze mówiąc, obawialiśmy się, że się rozczarujemy!

Wszystkie moje achy i ochy nie oznaczają, że miejsce pozbawione jest komercji. Właściciele wielbłądów są namolni jak mało gdzie. Na początek jednak wkurza nas strażnik przy piramidzie Cheopsa. Otóż każe nam zostawić aparat przy wejściu, a kiedy oponujemy, decyduje, że możemy wejść, ale osobno.

Wchodzę pierwsza i dzięki temu upierdliwcowi mam okazję przejść przez Wielką Galerię zupełnie sama. Surowe, monumentalne wnętrze robi na mnie ogromne wrażenie, a kiedy wchodzę do komory grobowej, gdzie stoi pusty zewnętrzny sarkofag, czuję irracjonalny, zabobonny lęk.

Kiedy wracam, okazuje się, że Marcin jakoś zbajerował strażnika, więc wchodzimy razem.

Niedaleko wyjścia inny strażnik robi jakiejś lasce zdjęcie, na co zalewa nas krew i idziemy złośliwie naskarżyć temu upierdliwemu przy wejściu. Oczywiście ma to gdzieś. Co tam 4 000 lat historii przy bakszyszu wysokości pięciu funtów!

Piramida Chefrena otwierana jest tylko dwa razy dziennie, za każdym razem sprzedawana jest ograniczona ilość biletów. Poranna transza już się chyba rozeszła, więc idziemy zobaczyć jeszcze piramidę Mykeranosa, tą najmniejszą.
Potem błąkamy się po okolicy, oprócz piramid są tu ruiny niezliczonej ilości świątyń. Natykamy się na wycieczkę kolorowych amerykańskich przedszkolaków z mamusiami. Łebki ustawiają się do grupowych zdjęć na tle wszystkiego, wykrzykują "Cheese", a mamusie oraz wszyscy inni turyści, łącznie z nami robią im zdjęcia.
Po odrzuceniu dwudziestu ofert przejażdżki na wielbłądach orientujemy się, że czegoś nam tu brakuje. Otumanieni potęgą piramid, nawet nie usiłujemy określić, co by to miało być. Ale wychodząc zza kolejnych ruin już go widzimy. Sfinks!

Większość zdjęć z Gizy przedstawia pełnego majestatu Sfinksa na pierwszym planie. Tymczasem stoi on tak naprawdę w głębokiej dziurze! Podchodząć, widzimy go najpierw od wysokości ramion. Trzeba zejść niżej, żeby docenić rozmiar posągu. Z profilu jego obdłubany nos wygląda jak nos hollywoodzkiej aktorki, której ktoś spartaczył operację plastyczną.

Nasz kierowca czeka na parkingu przy wyjściu. Spokojnie pali papierosa, więc pytamy, dlaczego nie przestrzega ramadanu. Beznamiętnie odpowiada, że jest przecież Koptem, a nie muzułmaninem.

Do Sakkary jedziemy wzdłuż jednego z kanałów, w kanale masa śmieci. Zza drzew i domków z cegły mułowej co jakiś czas widać jaką mniejszą i mniej znaną piramidę.

Sakkara wita nas następnym klasycznym widokiem - piramidą Dżesera. Ale myli się ten, kto sądzi, że to jedyna tutejsza atrakcja. Teren badań jest dużo większy niż w Gizie i archeolodzy co chwilę odkopują coś nowego. Oglądamy niezliczoną ilość grobowców - są to mastaby, rozwalone piramidy przypominające z zewnątrz kupę gruzu oraz grobowce przypominające raczej świątynie. Wszysko otoczne pustynnym piaskiem, przez który brniemy w pełnym słońcu.

Na horyzoncie widać kolejne piramidy, a daleko daleko wieżowce Kairu.

Ostatnim odwiedzanym przez nas miejscem jest Memfis. Po tym największym staroegipskim mieście praktycznie nic nie zostało, budulec wykorzystano wg potrzeb w późniejszych czasach. W małym parku archeologicznym można podziwiać ogromny posąg Ramzesa II i kilka innych, oczywiście mniejszych.
Wracamy do naszego hotelu po bagaże i każemy się zawieźć na dworzec autobusowy. Niekumata obsługa z naszego stwierdziła, że autobus do Dahabu mamy o 15.00, więc prawdopodobnie w sam raz zdążymy. Chyba, że jeszcze postoimy w tym masakrycznym korku.

Na dworzec docieramy co prawda na czas, ale okazuje się, że autobus do Dahabu odjeżdża dopiero o 19.00. Wylądowaliśmy więc na nieciekawym dworcu bez przechowalni bagażu, z dala od jakiejkolwiek atrakcji, w dodatku nawet nic nie możemy zjeść, no bo ramadan, a klienci okolicznych knajpek to Arabowie, więc pierwszy posiłek o zachodzie słońca. Postanawiamy jednak zobaczyć okolicę. Nie jest może fascynująca, za to trafiamy na pijalnię, gdzie dużą szklankę (co najmniej 0,3 l) soku z pomarańczy lub granatów można kupić za zupełnie nieturystyczną cenę jednego funta. Oczywiście pijemy ile wlezie, gawędząc ze sprzedawcą za pomocą monosylab i gestów.

Wracamy na dworzec, gdzie można już kupić jakieś kanapki. Bierzemy też sziszę, która jest bez problemu dostępna nawet w dworcowym bufecie.

O 19.00 faktycznie podjeżdża autobus, więc ładujemy się do środka. Podróż przez sam Kair trwa ponad dwie godziny, bo odwiedzamy jeszcze kilka innych dworców.

Podróż autobusem jest dużo mniej komfortowa niż pociągiem. Nad kierowcą wisi ryczący telewizor, a w nim film z Arnim Schwarzenegerem. Najwyraźniej film wszystkim oprócz nas się bardzo podoba. Usiłujemy zasnąć mimo odgłosów krwawych jatek, ale kiedy nam się to w końcu udaje, budzi nas kontrola drogowa, która sprawdza wszystkim po kolei dokumenty. Za półtorej godziny zatrzymuje nas następna. I tak do piątej rano, kiedy wysiadamy w Dahabie.

Dworzec Szczere Pole. Nawet nie bardzo jesteśmy w stanie określić, gdzie się chcemy dostać. Na szczęście jedyny oprócz nas turysta (z RPA) dogaduje się z kierowcą pick - upa na jazdę "to the town".

Wysiadamy na małej uliczce. Nasz kolega idzie do hotelu, w którym nocował parę lat temu, a my przyglądamy się mijanym budynkom. Skręcamy w końcu w bramę z napisem "New Life Village". Obsługa właśnie odprawia poranną modlitwę. Dostajemy czysty pokoik z łazienką za 40 funtów i od razu padamy na łóżko w celu odespania niezbyt przespanej nocy.

DZIEŃ ÓSMY - 21.11.2003 piątek

Rano orientujemy się, że trafiliśmy dokładnie w to miejsce, w które należało. Do naszego pokoju wchodzi się z balkonu od ulicy. Na parterze są sklepy i knajpki, a na piętrze rząd pokoi. Z okna mamy niczym nieograniczony widok na morze, palmy, przybrzeżne knajpki oraz na Arabię Saudyjską. Na wewnętrznym hotelowym dziedzińcu znajdują się ocienione miejsca z materacami i niskimi stołami w beduińskim stylu. Tu można zjeść śniadanie, napić się herbaty albo pogawędzić z obsługą lub innymi gości. Atmosfera jest niemal rodzinna.

Na obsługę składa się Abdul, który jest tu kimś w rodzaju managera oraz Nasir, który jest nocnym stróżem i złotą rączką. Nasir podaje nam śniadanie, a Abdul siada z nami, żeby pogadać. Okazuje się, że pracuje również jako radiooficer na saudyjskich statkach i zna wielu polskich marynarzy.

- Znam nawet trzy polski słowa - chwali się. - Kurwa, kurwa, vodka!
No, musieliśmy mu uwierzyć!

Następnie spotykamy niemieckiego obieżyświata, który jest w Egipcie od sierpnia z małymi przerwami, kiedy leci do domu. Coś nam sie wydaje, że zgłasza się wtedy po swój zasiłek, który wynosi więcej niż nasze pensje. Ale cóż, nikt nie twierdził, że świat jest sprawiedliwy...

Niemiec jest naprawdę fajny i radzi nam, gdzie iść na plażę. To jego któryś z kolei pobyt w Dahabie, więc korzystamy ze wskazówek.

Ze zwiedzaczy zmieniamy się we wczasowiczów, wskakujemy w stroje kąpielowe i idziemy sobie nadmorską promenadą. Tutaj właściwie nie ma plaży, tylko cała masa knajpek nad samym morzem. W większości z nich półleży się na poduszkach i materacach, a nie siedzi na krzesłach. Teraz, rano, w knajpkach jest niewiele osób - ktoś medytuje w pozycji lotosu z twarzą w stronę morza, ktoś czyta książkę. Ogólny spokój i sielanka, a większość ludzi jest mniej więcej w naszym wieku.

Kiedy promenada (a właściwie promenadka, bo jest raczej wąska) się kończy, zaczyna się kawał pustej plaży, a w oddali widać tzw. turystyczne resorty czyli kompleksy hotelowe z własnymi plażami i różnymi atrakcjami.

Żaden z hoteli nie jest jednak jakimś obrzydliwym molochem. Za to można tu nauczyć się windsurfingu albo pływania na desce połączonej z paralotnią. Wieje tu stały boczny wiatr i dla winsurfingowców jest to chyba raj.
Rozkładamy się na piasku i plażujemy oraz snorklujemy. Snorkling oznacza nurkowanie z maską i rurką. W tym miejscu jest to wystarczający ekwipunek, żeby oglądać sobie rafy i bajecznie kolorowe rybki.

Całe popołudnie i wieczór włóczymy się po Dahabie. Jest malutki, do niedawna był po prostu beduińską wsią. Wchodzimy sobie do knajpek, gdzie królują soki owocowe oraz szisza. Z piwem tradycyjnie jest raczej problem.


DZIEŃ DZIEWIĄTY - 22.11.2003 sobota

Jedziemy do Blue Hole. To jeden z tych niesamowitych cudów natury, którymi usiane jest wybrzeże Morza Czerwonego. Blue Hole to trzystumetrowa dziura w rafie - miejsce, gdzie pobija się rekordy zanurzenia - z butlą i bez. Z Dahabu dojazd jippem trwa niecałe pół godziny wzdłuż malowniczego wybrzeża. Jedziemy z jeszcze jedną parą - męska część pary to niemiecki instruktor nurkowania pracujący w Dahabie. Podobno jego rekord zanurzenia BEZ BUTLI to 79 metrów. Szczęki nam opadają.

Nad Blue Hole wysiadamy przy poleconej przez Niemca knajpce - właścicielem jest bardzo miły Beduin (to on informuje nas o rekordach swojego niemieckiego przyjaciela). Na pierwszy snorkeling podczepiamy się pod zorganizowaną grupę z Sheratona. Instruktor jest kumplem Beduina z knajpki, więc wkręcamy się niejako po bardzo świeżej znajomości. Tutaj także wystarcza maska, rurka i płetwy, by zaniemówić z wrażenia w tym wielkim naturalnym akwarium. Po drodze do miejsca, z którego najlepiej wystartować mijamy ścianę pełną tablic wmurowanych dla upamiętnienia tych, co nie wypłynęli - coś jak tatrzański Cmentarz Symboliczny. Instruktor uspokaja nas, że utonięcia nie zdarzają się wśród kursantów ani początkujących nurków lub snorklingowców - dotyczą tylko i wyłącznie bijących rekordy mistrzów. W większości wypadków zresztą powinno się mówić o "zaginięciach", bo ciała nigdy się nie odnajdują, uwięzione gdzieś w rafie.

Dzień upływa nam na snorklowaniu i robieniu zdjęć pod wodą kupionym wczoraj wodoodpornym jednorazowym aparatem oraz odpoczywaniu w bediuńskiej knajpce przy soku lub herbatce. Jesteśmy zachwyceni tym miejscem. Mimo jego dużej popularności jest tu spokojnie i relaksująco, wszyscy są dla siebie życzliwi (nie ma dzikich wywołujących agresję tłumów), a nasz beduiński gospodarz jest prawdziwym beduińskim gospodarzem - gościnnym, wesołym i w dodatku bardzo przystojnym.

Wieczorem robimy jeszcze rekonesans po agencjach turystycznych. Po pierwsze chcemy wykupić dojazd do klasztoru św. Katarzyny. Po drugie chcemy sprawdzić możliwości dotarcia do Petry w Jordanii.
Jeszcze w domu przerabialiśmy teoretycznie różne wersje wyjazdu do Egiptu. Dużą pokusą była dla nas mozliwość odwiedzenia Petry - leżącej nie tak znowu daleko od Półwyspu Synaj. W domu zakładaliśmy, że tydzień leżenia na plaży urozmaicony jedynie wycieczkami po okolicy to jednak za długo. Nie przewidywaliśmy, że atmosfera Dahabu tak nas zaczaruje. W jednym z biur podróży w końcu dowiadujemy się o w miarę sprawny, ale niestety raczej drogi sposób dojazdu do Petry i... rezygnujemy. Szkoda nam tych prawie czterech dni. Poza tym już postanowiliśmy - kiedyś musimy wrócić do Dahabu, więc Petra nam nie ucieknie.


DZIEŃ DZIESIĄTY - 23.11.2003 niedziela

Znowu Blue Hole. Tym razem jedziemy z dwoma mocno wystraszonymi Amerykanami. Dziwi nas to nieco, ale kiedy kierowca dowiaduje się, że są Amerykanami, wyraźnie się wkurza. Po cichu się zastanawiamy, czy ktoś tu wie o polskich wojskach w Iraku i na wszelki wypadek wolimy nikogo nie uświadamiać - niech trwa dobra fama o polskich archeologach i inżynierach różnych specjalności.

"Nasz" Bediun wita nas beduińską "welcome tea" i znowu spędzamy dzień w towarzystwie niesamowitych kolorowych rybek.

Na kolację dostajemy przyrządzone przez Abdula ryby w potwornych ilościach. Podaje je nam przy niskim stoliku na podwórku ozdobione świeczkami. Mniam, mniam!!
Około 23.00 wyruszamy straszliwie ciasnym busikiem w stronę klasztoru św. Katarzyny. Trwa to może ze dwie godziny, po drodze mijamy trzy check - pointy.

Z klasztoru na Górę Mojrzesza można wejść dwoma drogami - ścieżką dla wielbłądów albo 3700 schodami. Schody wybierane są właściwie głównie jako droga powrotu, ale chyba wejście nimi nie jest złym pomysłem. Ścieżka dla wielbłądów jest pełna turystów, a z ciemności co chwilę wyskakuje Beduin z pytaniem : "Camel??". Właściwie nie musi pytać, bo wielbłądy śmierdzą już z daleka.

Co prawda zaopatrzyliśmy się w latarkę, ale Marcin stwierdza, że prawdziwi harcerze chodzą w nocy bez latarek, więc posłusznie wytrzeszczam oczy, ale z marnym skutkiem. Ludzi jest cała masa. Także dlatego, że wczoraj, w niedzielę klasztor był zamknięty dla zwiedzających, a jutro, w dzień św. Katarzyny będzie również zamknięty. Całe autobusy turystów przyjechały z Sharm al Sheik, głównego kurortu na Synaju. Długi wąż ludzi z latarkami pnie się pod górę. Niesamowity jest widok nieba, które wydaje się być tak blisko...

Niedaleko miejsca, gdzie pod górę zaczynają się schody zaliczam glebę. Fatalnie przewracam się lewym kolanem na jakąś skałkę - bół jest bardzo ostry. Wchodzimy do jednego ze schronów, których pełno jest po drodze i opatrujemy ranę. Wygląda nieciekawie, boli jak cholera, ale zapieram się,że by zobaczyć ten wschód słońca. Na szczyt kuśtykam opierając się na Marcinie. Widok nie jest szczególnie fascynujący - ludzi jest tyle, że zaczynającego się wschodu nie widać zza ich pleców. Tekst: "Posuń się, bo mi zasłaniasz wschód słońca!" jest wypowiadany dość często. Poza tym panuje przejmujący ziąb, a chmury zasłaniają wschód równie skutecznie, co zgromadzeni ludzie.

DZIEŃ JEDENASTY - 24.11.2003 poniedziałek

Za to gdy słońce już zaczyna przygrzewać, surowe góry w różowym blasku wyglądają nieziemsko. No i od razu robi się gorąco.

Malutki kościółek Św. Trójcy na szczycie jest bardzo niepozorny. Powoli schodzimy do klasztoru po 3700 schodkach, podziwiając niesamowite widoki, mimo, że brak snu i ból nogi dają mi się we znaki.

Klasztor św. Katarzyny otwierany jest dla zwiedzających o 9.00. Jest to najstarszy nieprzerwanie czynny chrześcijański klasztor na świecie. Sam Mahomet nadał mu statut nietykalnego. Część otwarta dla zwiedzających jest niewielka. Można np. zobaczyć krzak z tego samego gatunku, który był Krzakiem Gorejącym. Natomiast prawdziwym hitem jest kolekcja najstarszych ikon świata. Te, które pochodzą z VI lub VII wieku są najstarsze na świecie - jedyne, które przetrwały ruch obrazoburstwa. Są malowane inną manierą niż te, które oglądaliśmy w tylu różnych cerkwiach. Pierwszy raz ikony naprawde mi się podobają.
Powrót busikiem do Dahabu to koszmar. Wpycham się na siedzenie obok kierowcy, żeby wyprostować nogę i natychmiast zasypiam. Jest gorąco jak nie wiem, więc co chwilę się budzę. Spanikowana budzę też siedzącego obok Marcina z przekonaniem, że to on kieruje.

Po powrocie do hotelu przesypiam może dwie godzinki, a potem jedziemy do szpitala po surowicę. Lekarz bez białego fartucha niezbyt mi się podoba, patrzę więc mu dokładnie na ręcę, czy aby na pewno wyciąga jednorazową strzykawkę. Biorę receptę na środki odkażające i wracamy do hotelu.

Na miejscu okazuje się, że wszyscy otaczają mnie opieką. Abdul drze się na taksówkarza, że z nas zdziera (skołowani zapomnieliśmy ustalic cenę przed kursem). Ze sklepu wyskakuje koleś i wrzeszczy do mnie: "Dobra, dobra, dzień dobry, ahooooj!!!". Podbiega, klepie mnie po plecach, zapewnia, że pomodli się za mnie w meczecie i tytułuje mnie "my sister". To Gamal, właściciel sklepu z pamiątkami mieszczącego się pod naszym balkonem.

Poza tym panuje ogólna radocha, bo jutro kończy się ramadan.


DZIEŃ DWUNASTY - 25.11.2003 wtorek

Dziś jedziemy na wycieczkę po kanionach. Noga co prawda dalej mnie boli, ale stwierdzam, że dam radę, więc ruszamy z rana na podbój Pustyni Synajskiej. Wycieczkę wykupiliśmy w biurze podróży, tradycyjnie zbijając nieco cenę.

Rano podjeżdża po nas dżip z kierowcą i przewodnikiem oraz resztą ekipy: dwoma Węgierkami z Budapesztu i czwórką Holendrów: para w średnim wieku i dwie dziewczyny.

Wyprawę zaczynamy od przejścia Kolorowym Kanionem. Tego typu kanionów w okolicy jest kilkadziesiąt. Przeciskamy się między skałami (asekurowanie kolana jakoś mi się udaje) podziwiając ich niesamowite kolory. Spacer trwa ponad godzinę, a kończymy go, jakżeby inaczej, w beduińskiej "gospodzie" czyli stoisku z postawowymi napojami pod chroniącym od słońca zadaszeniem.

Nasz dżip już czeka, więc możemy jechać dalej - pooglądać niesamowitą skałkę zwaną przez najstarszych tubylców "Mushroom Stone". Przewodnik, jestem o tym przekonana, wymyśla nową świecką tradycję - para, która pocałuje się pod stonem będzie razem do końca życia. Podpuszczeni przez Węgierki dokonujemy tego rytuału, a one robią nam zdjęcie jako corpus delicti.

Następnym przystankiem jest beduińska wioska w oazie, gdzie jemy przygotowany przez przewodnika lunch. Cała ekipa jest bardzo sympatyczna i odwiedziła tyle różnych miejsc na świecie, że zieleniejemy z zazdrości. Pocieszamy się wrednie, że w końcu wszyscy są od nas starsi.

Po obiedzie jedziemy do Białego Kanionu, który jak sama nazwa wskazuje nie jest tak kolorowy jak poprzedni, ale za to wymaga większej gimnastyki przy przeciskaniu się przez skałki.

Potem wracamy naszym dżipem przez przepiękną piaszczystą, usianą skałkami pustynię.


DZIEŃ TRZYNASTY - 26.11.2003 środa

Pożegnanie z Blue Hole.

Wczoraj był koniec ramadanu, więc nasz Beduin pojawia się mocno skacowany. Za jego radą udajemy się na pieszą wycieczkę do rezerwatu Ras Abu Galum - nieco ponad godzinę od Blue Hole. Mam co prawda ochotę przejechać się na wielbłądzie, ale jak na złość wszystkie wielbłądy w okolicy zarezerwowane są dla jakichś wycieczek z Sharmu.

Drałujemy więc piechotką wzdłuż skalistego wybrzeża, praktycznie pozbawionego roślinności.

W Ras Abu Galum trochę sobie snorklujemy, bo to oczywiście rezerwat podwodny, a potem wracamy tą samą drogą.

Wieczorem żegnamy się z Dahabem. Od wczoraj, z racji końca ramadanu przybyło tu bardzo wiele osób. W końcu widzimy jakieś egipskie liczne rodzinki, nie tylko europejskich turystów pod trzydziestkę.

Pijemy herbatkę u Gamala w sklepie - zupełnie nie po arabsku olewa klientów i zajmuje się tylko nami, a za chwilę również naszymi znajomymi Węgierkami, które wpadają tu przypadkiem. Gamal już za nami tęskni i każe nam koniecznie wrócić do Dahabu, wtedy z pewnością dostaniemy zniżkę w New Life Village.

Abdul, promując wartości rodzinne, każe nam przyjechać, ale już z dwójką dzieci, bo dzieci są najważniejsze. I tak, jego zdaniem, reprezentujemy lepsze oblicze zachodniej kultury, bo jesteśmy chociaż po ślubie.
Wszyscy po kolei zapewniają mnie, że moje kolano goi się dzięki ich modlitwom.

Och, jak nam smutno, że już jutro wyjeżdżamy!

DZIEŃ CZTERNASTY - 27.11.2003 czwartek

Ostatniego dnia dajemy się jeszcze namówić na zakup fajki wodnej. Potem pozostaje się spakować, pożegnać ze wszystkimi (Gamal serwuje ostatnią herbatkę) i taksówką pojechać na dworzec autobusowy, ten sam, na który przyjechaliśmy tydzień temu.

Z dworca autobusowego w Sharm al Sheik zabieramy się z pick - upem z jakimś dostawcą (cena jak za taksówkę) na plażę w pobliżu przystani promowej.

Sharm robi sympatyczniejsze wrażenie niż Hurghada, ale daleko mu do naszego ukochanego Dahabu. Instalujemy się na publicznej płatnej plaży wraz z wielodzietnymi egipskimi rodzinkami. Damska część plażowiczów kąpie się oczywiście we wszystkich ciuchach, w jakich normalnie chodzi po ulicy.

Na dwie godziny przed odjazdem (odpływem?) promu zbieramy się do portu, gdzie najpierw przyglądamy zapełniającej się poczekalni, a potem poddajemy się kontroli, z jednej strony niby drobiazgowej, z drugiej raczej niedbale przeprowadzonej. Nasz bagaż jest prześwietlany z każdej strony i w końcu możemy wejść na pokład i z okien podziwiać jak bagażowi męczą się, że by wepchnąć wózki z bagażami na prom. No bo ciągnik się zepsuł.
Rejs, mimo ceny, która dwa tygodnie temu niemal zwaliła nas z nóg, nie dostarcza specjalnych atrakcji: morza nie widać, bo słońce już zaszło. W telewizorach lecą reklamy zabytków Egiptu, więc zabawiamy się zgadywaniem co jest co.

Przy wyjściu kontroli ciąg dalszy. W końcu udaje nam się wyplątać z tłumu i stanąć na chodniku. A stamtąd, jak ostatnie łosie, dajemy się zgarnąć do busika jakiemuś grubemu właścicielowi pensjonatu. Proponuje nam pokój za 50 funtów ze śniadaniem. Szczerze mówiąc, nie bardzo wiemy, jak daleko stąd do naszego Hotelu California, więc zgadzamy się po prostu z lenistwa. Już za chwilę tego żałujemy, bo pensjonat jest w okropnym miejscu, miedzy nie dokończonymi blokami. Właściciel opowiada horrory o problemach z zakwaterowaniem z powodu końca ramadanu, a potem stwierdza, że za śniadanie mamy zapłacić po kolejne 15 funtów od łebka. To już jest chamówa! Szanujemy ustne umowy, skoro świadomie zgodziliśmy się na to zdzierstwo i zdecydowaliśmy się płacić 50 funtów za pokój to nasza sprawa. Ale kłamstwo w żywe oczy to inna sprawa. Wydzieramy się na faceta i w końcu obrażony kapituluje. Dostaniemy śniadanie.

W czymś w rodzaju świetlicy spotykamy norweską parę - chyba jedynych turystów oprócz nas w tym cudownym miejscu.

Opuszczamy lokal i idziemy na kolację. Okazuje się, że Hotel California jest o rzut beretem, ale teraz już za późno. Faktycznie, miasto jest pełne arabskich wczasowiczów - bez porównania bardziej tłoczno niż dwa tygodnie temu. Usiłujemy kupić na kolację koszary, ale w końcu zasiadamy przy jakimś grillu. Właściciel grilla jest pełen podziwu, że w ogóle wiemy, co to koszary.

Po powrocie nasz "gospodarz" składa nam kolejną ofertę nie do odrzucenia: transport na lotnisko z jakąś inną parą za 50 funtów OD OSOBY. Nawet tego nie komentujemy.


DZIEŃ PIĘTNASTY - 28.11.2003 piątek

Rano żądamy od niemrawej obsługi śniadania. Za ostatnie pieniądze, coś około 25 funtów bierzemy rano taksówkę na dworzec. Taksówkarz jest bardzo miły i strasznie nam współczuje pogody, do której wracamy. Egipcjanie ogólnie są bardzo zadowoleni z klimatu, w jakim przyszło im żyć.

Na lotnisku przeżywamy niezły stres. Urzędnik nie uznaje naszych dostarczonych przez Open Travel. Faktycznie nie wyglądają jak klasyczne rejsowe bilety - są po prostu kartką formatu A4. Dzwonię do siedziby biura do Krakowa. Mają to załatwić - przesłać potwierdzenie rezerwacji faksem do Hurghady. Na wszelki wypadek maszeruję za urzędnikiem do kanciapy, żeby go przypilnować w temacie odbioru faksu. W kanciapie, jak wszędzie w Egipcie - przerost zatrudnienia. Panowie mili, chcą mi zrobić herbatki. Na szczęście potwierdzenie przychodzi. Muszę jeszcze pomóc panu, nieotrzaskanemu z łacińskim alfabetem, zaznaczyć nasze nazwiska i możemy się odprawić.

W duty free shopie za jakieś drobne dolary Marcin kupuje, najszczęśliwszy na świecie, cztery puszki Heinekena.
Za chwilę - następna szopka. Bramka, którą powinno się wejść do samolotu do Warszawy opisana jest jako Amsterdam. Hmmm, kusząca propozycja. W tłumie zdezorientowanych rodaków udaje nam się jednak dotrzeć do właściwej maszyny.

W Warszawie jesteśmy wczesnym wieczorem w sam raz na miłą powitalną nasiadówę u Magdy i Andrzeja przy jak najbardziej legalnym czerwonym winie. Jednak ojczyzna ma swoje niezaprzeczalne zalety!


DZIEŃ SZESNASTY - 29.11.2003 sobota

Wypoczęci, naładowani optymizmem i witaminą D wracamy przez równinny listopadowy krajobraz do domu.
Może tym razem uda nam się przetrwać zimę bez sezonowej depresji.

egiptwycieczki.com | mapa serwisu | 

© egiptwycieczki.com